Blog powstał celem upamiętnienia wyjazdu Erasmus-Valencia 2010/11 w dniach 13.09.2010 - 31.01.2011





8 października 2010

5-8.10

Wtorek w głównej mierze spędziliśmy na wypoczywaniu i sprzątaniu i praniu wszystkich rzeczy po przyjeździe. Dodatkowo trzeba było odespać wyjazd na Ibizę, ponieważ średnio spaliśmy po 4-5 godzin dziennie. Wieczorem wybraliśmy się na miasto, z nadzieją zrobienia małych zakupów. Co prawda nie udało mi się kupić nic konkretnego, ale rozeznaliśmy się mniej więcej w cenach panujących w Walencji. Ceny są nieco wyższe niż w Polsce. O jakieś 20 %. Aczkolwiek materiały z których zrobione są produkty, wydają się być lepsze. Dodatkowo zwiedziliśmy miasto nocą. Walencja zaczyna się tak samo szybko jak się kończy, najczęściej Ciruclą czyli po prostu droga szybkiego ruchu okrążającą całe miasto, przy czym z jednej jej strony mamy duże bloki ewentualnie politechnikę czy zbiorniki w okolicach portu, a z drugiej pola ziemniaków lub plantacje drzewek mandarynkowych. Walencja ciasnym miastem jest i basta. Ludzie zamieszkują tu tak jak i ja głównie w kamienicach 6-7 piętrowych lub tez w wolnostojących bardzo ciasno ulokowanych blokach. Implikuje to za sobą duże problemy z przestrzenią zwłaszcza dla aut. Ulice spełniają wszystkie kryteria czego niestety nie można już powiedzieć o parkingach. Każda wolna przestrzeń asfaltowa albo jest zastawiona autami albo tez słupkami przeciw autom. W związku z czym auta parkowane są z dokładnością centymetrów. Hiszpanie są mistrzami w parkowaniu ( w wysiadywaniu w parkach też są dobrzy) ale czasem nawet im się nie udaje i dlatego nie ma tu AUTA choćby jednego bez wgniecenia na karoserii albo w najlepszym wypadku z porysowanym zderzakiem. Hiszpanie do perfekcji opanowali poruszanie się w wąskich przestrzeniach. Zatem jak się poruszać po Valencii ? Najprościej jest na piechotę, duże zagęszczenie budynków powoduje iż zawsze jest blisko do kawiarni, spożywczaka, sklepu u chińczyka czy apteki. To jest zresztą mój ulubiony sposób poruszania się tutaj. Kolejna możliwością są autobusy, te jednak pomimo posiadania często osobnych pasów niestety grzęzną w korkach. Ale po co ludzie wymyślili metro !. To jest cudo w tym mieście. Valencia obszarowo jakieś 6 razy mniejsze niż warszawa a ma 4 razy więcej linii metra + 2 linie tramwaju który jest zintegrowany z linia metra i wjeżdża na perony metra w paru wyznaczonych miejscach. Kolejnym rozwiązaniem są jednoślady, skutery lub rowery, skuter choć szybszy to musi stawać na światłach co go zdecydowanie zwalnia. Co powoduje ze bardzo dobra alternatywa jest rower. Gęsta siec ścieżek rowerowych czyni z niego idealny środek transportu. Nie wiem do teraz jak udało im się wygospodarować na nie miejsce.
Środa to już zwiedzanie oceanarium walecjańskiego. Jest to największy obiekt tego typu w Europie. Robi naprawdę wrażenie. Miałem okazję już być w tego typu obiekcie w Europie, aczkolwiek w życiu nie widziałem pingwina, morsa czy lwa morskiego. Całość oceanarium jest podzielona na strefy klimatyczne. I tak: Antarktyda, Arktyka, Morze Śródziemne, Karaiby, Oceany, fauna i flora walecjańska. Brakowało mi trochę ryb rzecznych. No tak ale jak to wszystko pomieścić? Byłoby trudno zrobić to humanitarnie. Po zwiedzeniu oceanarium udaliśmy się do ogromnego kina Hemisferic. Nie było tam okularów 3 d, ale dostaliśmy śmieszne urządzenia na głowę, w których można było usłyszeć w swoim języku film. Obok Ciebie siedział Francuz i również oglądał ten sam film, ale z innym lektorem. Film był o Arabii Saudyjskiej. Mocno podkolorowany, wyciągnęliśmy wnioski że to są nieroby, którzy przez wieki żyli tylko dzięki przechodzącym tamtędy szlakom morskim i obecnie dzięki ropie. Trochę to przykre, patrząc na to iż Polska w każde stulecie przelewała krew, aby przetrwać i jakoś tam prosferować.
W czwartek, udałem się na uczelnię, aczkolwiek niestety profesor nie przyszedł na miejsce. W związku z czym znowu udaliśmy się do domu. Było to już 3 podejście do zajęć i kolejne skończyło się fiaskiem, za to dzisiaj byłem od 10 do 15 na dwóch zajęciach i zajęcia o 15 odwołano. Także 66% skuteczności, co jest dobrym wynikiem. Na pierwszych zajęciach niewiele rozumiałem. Profesorka mówiła bardzo szybko i nie zrozumiale (zajęcia po hiszpańsku, gdzie byłem jedynym obcokrajowcem). Przyszło niewiele osób, jakieś 15 i każdy mógł się przedstawić. Jak oznajmiłem że jestem studentem Erasmusa, Profesor podeszła do mnie i powiedziała że jak będę mieć jakieś problemy żeby zawsze zgłaszać. Zapytałem czy jest możliwość odpowiadania ustnie, zamiast egzaminu pisemnego przewidzianego dla Hiszpanów, odpowiedziała że nie ma problemów. Wydaję mi się że prawa konsumenta będą ciekawe, również z tego względu że wszyscy są bardzo pomocni. Zaraz po tym jak się przedstawiłem, podeszło do mnie 2 Hiszpanów i jedna Hiszpanka i mówili że byli również Erasmusami i oznajmili mi że jak nie będę rozumieć czegoś to mi pomogą. Szok, ile ciepła płynie z tych osób, zaraz dali mi swoje numery i nazwiska i zaprosili na imprezę. I to wszystko w trakcie zajęć, które jak widać są bardzo luźne. Z tego względu wydaję mi się że Hiszpanie niewiele umieją. Niektóre pytania były bardzo proste, które ja mimo słabo zrozumienia jako tako łapałem i nie znali na nie odpowiedzi. Ale nie ma stresu żadnego, profesorka dokładnie tłumaczyła dlaczego jest tak a nie inaczej jak małym dzieciom. No cóż, taka jest Hiszpania, może to lepiej niż w Polsce gdzie wszyscy cisną i tylko po to żeby wyjść z głupim papierkiem po studiach, który nic nikomu nie daje jeśli się nie ma praktyki(w przypadku prawa). Kolejne zajęcia to już prawo nawigacji i były one w języku angielskim. Bardzo ciekawe zajęcia, gdzie Pan Profesor podobny do Agenta Bonda przedstawiał nam sposób założenia firmy transportującej statkami pomarańcze hiszpańskie do Stanów. Pokolei kogo trzeba zatrudnić, jak ich ubezpieczyć. Naprawdę bardzo praktyczne zajęcia i tylko zakładać biznes i transportować pomarańcze do Polski, hehe :)
I tak upływają kolejne dni, jutro wyjeżdżamy do Andaluzji, południowej Hiszpanii. Także relacja z wyjazdu dopiero we wtorek. Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższe wakacje ponieważ od soboty do środy znowu jakieś święta tutaj. Cała Hiszpania. Święto, zabawa, mańana... zdjęcia http://picasaweb.google.com/110109153723433594751/MojeOceanarium#

4 października 2010

Relacja z Ibizy 29.09 - 3.09

Dnia 29.09 września, w dniu strajku generalnego w Hiszpanii, wybraliśmy się na Ibizę, wyspę słynącą z najlepszych i największych imprez na świecie. Właśnie z powodu strajku, było niewielkie zagrożenie iż nie uda nam się dotrzeć promem na wyspę, ponieważ praktycznie komunikacja w kraju była sparaliżowana. Dodatkowo większość sklepów była zamknięta. Były one zamknięty nawet nie z powodu strajku, ale z obawy przed rozwścieczonym tłumem, który mógłby zniszczyć wszelkie przejawy niesolidarności ze strajkującymi. Protestowali głównie młodzi ludzie. 45% młodych Hiszpanów jest bezrobotnych, a bezrobocie ogółem w kraju wynosi ponad 20%. Hiszpania boryka się również z problemem kryzysu, który mocno odcisnął piętno na społeczeństwie. Całe szczęście, po kilku godzinach wycieczki promem dotarliśmy w miejsce przeznaczenia. Eivissa po katalońsku, natomiast Ibiza w języku hiszpańskim. O godzinie 24 dojechaliśmy do hotelu i szybko dokonaliśmy rejestracji, aby mieć czas wyskoczyć jeszcze na imprezę. Do apartamentu, dostaliśmy przydział z Brazylijkami, jedna z Rio de Janeiro, druga z Sao Paulo. Był jeszcze Meksykanin, ale zamienił się pokojami. Dziewczyny dość sympatyczne, aczkolwiek bardzo bałaganiarskie. Zlew zawsze brudny, łazienka również, no i garnki przypalone. Ale suma summarum lokatorki na plus :). Po prostu inna kultura. Generalnie, uczestnicy wyjazdu pochodzili z wielu krajów na świecie. Przykładowo : Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Finlandia, Francja, Estonia, Anglia i wiele wiele innych. Koło 2 dotarliśmy do Amnesii, jednego z najsłynniejszych klubów na wyspie. Co do imprezy, to szczerze powiedziawszy nic szczególnego. Muzyka moim zdaniem była bardzo dobra, scenografia jak najbardziej, tancerki również, natomiast co mi się mocno nie podobało, to ilość homoseksualistów na dyskotece. Czułem się trochę niepewnie :). Praktycznie jedna sala była w całości nimi wypełniona. 1 sala czyli jakieś 4 tysiące ludzi. No cóż, pozostawała zawsze druga sala do zabawy. Interesujące było połączenie bitów z graniem na skrzypcach i bębenkach. Jeśli chodzi o ceny w barze, to trzeba dysponować grubym portfelem, żeby sobie pozwolić na takie wydatki. Piwo 11-12 euro, drinki powyżej 25 euro. Wejście do klubu 35 euro, ale dysponowaliśmy biletami od organizatorów. Kolejny dzień rozpoczął się od przechadzki po plaży, opalaniu i kąpieli w morzu. Jeśliby się odnieść do samego wyglądu wyspy, to jest on przeciętny. Krajobraz podobny jak w Walencji, wszędzie palmy i makia. Plaża czysta, w kolorze bieli. Sama temperatura w czasie wyjazdu była bardzo dobra. Non stop 27-28 stopni, dochodzące do 30. Słońce znacznie bardziej odczuwalne niż w Walencji. Wieczory trochę chłodniejsze, temperatura schodziła do 19 stopni. Wieczorem odbyła się mała impreza przy basenie hotelowym, po czym udaliśmy się do klubu Space. Wrażenia nieco inne niż w Amnesii, natomiast sama dyskoteka w porządku, lecz bez rewelacji. W Polsce można z powodzeniem znaleźć podobny klub. Kolejny dzień, piątek to już wyprawa na Formanterę, wyspę należąca do Balearów(Minorka, Majorka, Ibiza, Formantera). Miejsce to okazało się być bardzo urocze. Turkusowa woda, niezapomniane widoki, piasek z malutkimi muszelkami w kolorze bieli. Woda bardzo ciepła, najcieplejsza jak do tej pory od czasu mojego pobytu w Hiszpanii. Wyspa nie posiada lotniska, w sumie to dobrze, bo na Ibizie lotnisko jest dość uciążliwe, ze względu na niewielki rozmiar wyspy, i gdzie by nie ulokować się to i tak będzie słychać samoloty. Na Formanterze ten problem nie występuje, tam można dostać się tylko promem. Wyspa obfitowała w dość dużą ilość naturystów. Narodowościowo to głównie Niemcy i Anglicy. W ogóle na Ibizie jest mnóstwo barów angielskich, nastawionych tylko i wyłącznie na klientów z Wysp Brytyjskich. Ceny w barach i sklepach, nieco wyższe jak w Walencji, natomiast można było kupić taniej pamiątki czy jakieś pocztówki. Bardzo częstym zjawiskiem byli murzyni sprzedający wszystko na plaży. A to zimne piwo, które moim zdaniem nie może być zimne, jeśli gościu chodzi cały dzień z nim po plaży, a to okulary przeciwsłoneczne, a to owoce, tatuaże, plakaty, wisiorki. Dosłownie wszystko co zbędne dla dobrze przygotowanego i wyposażonego turysty. Formanterę opuściliśmy wieczorem i wracaliśmy tym samym statkiem urządzając sobie małą imprezę na pokładzie. Organizatorzy poczęstowali wszystkich szampanem i sangrią( siedmio-procentowy roztwór alkoholu z owocami). Po dotarciu z powrotem do Eivissy(stolicy Ibizy) chwilę odpoczęliśmy, po czym wybraliśmy się do Privilage. Jest to największy klub na świecie, wpisany do księgi rekordów guinnessa. Jest w stanie pomieścić ponad 10 tyś ludzi. Aby wejść do klubu, musieliśmy czekać ponad godzinę w mocno zirytowanej kolejce. Warto było, ponieważ wrażenia były niezapomniane. Trudno nazwać to miejsce dyskoteką, ponieważ to było jedno wielkie show. Tancerki, tancerze, pokaz mody, występy artystyczne, zabawa z wokalistką, był nawet striptiz transwestyty(szok) . Wrażenia niezapomniane, wytrzymaliśmy niemal do końca. Sobota to już dzień relaksu i odpoczynku. Zwiedziliśmy miejscowy zamek, byłą twierdzę piratów. Widoki niezapomniane, co uwieczniliśmy na kilku fotkach. Wieczorem zdecydowaliśmy się wybrać do San Antonio, drugiego co do wielkości miasta na Ibizie, leżącego po drugiej stronie wyspy. Podróż trwała niecałe pół godziny. Stamtąd w Cafe del Mar, z bardzo słynnego miejsca na świecie można podziwiać zachód słońca, schodzącego aż do oceanu. Miasto okazało być również całkiem okazałe. Pokaźna rozległość względem linii brzegowej, co sprawia że można przejść się i podziwiać widoki całą promenadą. Ostatni wieczór uwieńczyliśmy imprezą Bora-Bora, czyli dyskoteką tuż przy plaży. Byliśmy mocno zawiedzeni, ponieważ nie było typowej muzyki plażowej. Następnego dnia o godzinie 14 opuściliśmy Ibizę statkiem. Zabawa była przednia, z tego względu że grał dla nas DJ oraz cała zabawa toczyła się w basenie na pokładzie. Około 20, mocno zmęczeni ciągłym imprezowaniem, zawinęliśmy do portu i wróciliśmy do domu udając się na zasłużony wypoczynek.
link do zdjęć : http://picasaweb.google.com/110109153723433594751/Ibiza#

29 września 2010

25-28.09

Mijają kolejne dni, hiszpańskiej przygody i widać pierwsze oznaki jesieni. Temperatura osiąga już tylko 25 stopni w ciągu dnia i do 20 stopni w nocy. Boję się myśleć co będzie w zimie, jeśli niemal wszystkie mieszkania na południu Hiszpanii nie posiadają centralnego ogrzewania. Na razie jeszcze można spać z otwartym oknem i czuję się komfortowo, ale ponoć w zimie można tutaj nieźle zmarznąć. Większy deszcz, jak do tej pory spadł tylko jeden raz i była to skądinąd ogromna burza. W dalszym ciągu wykorzystujemy jeszcze dni ostatniej ciepłej pogody. Głównie przebywając na basenie. Dzień wygląda dla przeciętnego Erasmusa bardzo leniwie. Odpoczynek, obiad, odpoczynek, wyjście wieczorem na miasto, sen. Aczkolwiek z upływem czasu trochę się to zmieni. Na uczelni standardowo, próba rejestracji zakończyła się fiaskiem. Miła pani z dziekanatu oznajmiła mi uprzejmie iż mogę sobie na razie odpoczywać i żebym przyszedł dopiero 5 października, ponieważ każdy będzie rejestrowany indywidualnie. Niby nazwisko na C, a dostałem numer 120 na 180 osób. Co najmniej absurd. Od 15 września miały się rozpocząć zajęcia, a ja już podjąłem przynajmniej kilka prób rejestracji na zajęcia. Właściwie to mogę na nie chodzić, bo i tak nikt nie wie czy ja na nich jestem czy nie, ponieważ oficjalnie względem Uniwerku nie istnieje, zawieszony gdzieś w próżni. Postanowiłem że podejmę jeszcze jutro próbę wcześniejszej rejestracji, z błagalną prośbą o przyśpieszenie procedury. Zależy mi na tym, między innymi dlatego iż w najbliższym czasie wyruszam na Ibizę. Jest to imprezowa wyspa na południe od Walencji, leżąca na Morzu Śródziemnym w odległości 4 godzin promem od miasta. Zamierzam zwiedzić największe kluby świata, co odpiszę po powrocie 3 października. W ostatnich dniach, odwiedził mnie również kumpel z Warszawy, z związku z czym, jednego dnia zrobiliśmy ponad 30 km pieszo zwiedzając praktycznie całe miasto i stare miasto nocą. Zwiedziliśmy miasto futurystyczne, uniwerek, plażę, tor formuły 1.Co ciekawego zauważyłem wieczorami, to jedzenie przez Hiszpanów kolacji w restauracjach i w barach. W Hiszpanii, znajduje się najwięcej barów przypadających na jednego mieszkańca. Jest ich tutaj łącznie ponad 250 tysięcy. Rodziny i znajomi gromadzą się wieczorami i wspólnie jedzą, dyskutując przy lampce wina. Zwykle odbywa się to od godziny 21 do 23. Jest to możliwe dzięki umiarkowanej i korzystnej temperaturze panującej wieczorami. Dodatkowo powietrze jest rozgrzane i sprawia wrażenie znacznie większej odczuwalnej temperatury. Wilgotność sięga nawet 90% ze względu na bliskość morza. Abstrahując od tematu, dzisiaj również rozmawiałem z współlokatorką na temat religii i katolicyzmu w Hiszpanii. Aż do lat 70 tych w Hiszpanii panowała era Franco. Uzurpator hiszpański, ściśle współpracował z Kościołem katolickim i ludzie obecnie w związku z wydarzeniami z przeszłości odwracają się systematycznie od Kościoła. W Polsce wydaje nam się iż Hiszpania jest krajem katolickim, natomiast zaledwie kilka procent społeczeństwa hiszpańskiego chodzi do kościoła w każdą niedzielę. W Polsce Kościół był punktem łączącym wolność i niepodległość, dzięki temu wielu ludzi się nawróciło, natomiast w Hiszpanii mamy do czynienia z odwrotną sytuacją. Kościół jest symbolem ucisku i prześladowań. W latach 70 tych były też sytuacje, gdy rolnicy byli przymusowo doprowadzani do Kościoła i surowo karani za pracę w niedzielę czy święta. Człowiek jest taką istotą, która lubi robić wszystko na przekór i nie znosi ucisku. Obecnie hiszpański Kongres przegłosował również ustawę, wedle której Hiszpanki będą mogły dokonywać aborcji na życzenie do 14. tygodnia ciąży. Jednocześnie parlament Katalonii przyjął projekt zakazu organizowania walk byków, by ulżyć cierpieniom zwierząt. Także dochodzi do absurdalnej sytuacji, iż zabija się więcej dzieci w Hiszpanii, niż byków. Quo vadis Europo ? zdjęcia z ostatnich dni http://picasaweb.google.com/110109153723433594751/Fociakos204#

25 września 2010

23-24.09

Botellón (po hiszpańsku duża butelka) jest imprezą, gdzie ludzie gromadzą się w kilku miejscach publicznych, na otwartej przestrzeni w celu, rozpoczęcia dalszego przebiegu wieczoru. Fakt, że w Hiszpanii spożycie alkoholu jest zabronione w publicznych, nie ma żadnego wpływu na jego niespożywanie. Poza tym, jak sama nazwa wskazuje (duża butelka), uczestnicy przelewają alkohol do butelek 2 litrowych coca-coli, bądź innych napojów, co zapewnia im bezpieczeństwo w razie kontroli. Imprezy Botellon odbywają się zimą głównie we czwartki za wydziałem prawa, ekonomii i nauk społecznych, natomiast latem na plaży Malvarossa. Botellon jest to jedno wielkie kuriozum, gdyż impreza tego typu odbywa się w wielu miastach w Hiszpanii, np. w Alicante, Maladze, Grenadzie. Przyjeżdżając do większego południowego miasta Hiszpanii, wystarczy zapytać policję o Botellon, a ona sama pokieruje nas w odpowiednie miejsce. Liczba uczestników takiej imprezy oscyluje od kilkudziesięciu do kilku tysięcy osób. Trwa zazwyczaj do godziny 2-3, a następnie uczestnicy udają się na dalszą zabawę. Zastanawiałem się, jak to jest że istnieją takiego typu imprezy ? Jest to w końcu bardzo duży problem dla miasta, bo po każdego tego typu imprezie, rano ukazuje się oczom mnóstwo śmieci, rozwalonych butelek. Uczestnicy nie oszczędzają nawet murów uczelni, ujarzmiając swoje niezbędne potrzeby fizjologiczne gdzie popadnie. Odpowiedź jest w sumie prosta. Rano wystarczy wszystko posprzątać, ekipy sprzątające będę miały pracę, natomiast sklepy będą miały zwiększone obroty, dodatkowo kluby więcej bawiących się klientów. Jeśli chodzi o czystość miasta to mogę wystawić ocenę 4/6. Jak na miasta śródziemnomorskie to dobry wynik. Plaża, centrum miasta zawsze jest czysta. Natomiast niektóre dzielnice pozostawiają wiele do życzenia. Np. getta cygańskie. Są to dzielnice znajdujące się blisko morza. Wieczorami, samotnie nie warto tamtędy przechodzić.  Mieszkańcy gett, zbytnio nie przejmują się problemem czystości i stanowią niewątpliwie duży problem dla miasta. Pozytywnie zaskakują Chińczycy, którzy trudnią się handlem i branżą spożywczą. Przestrzegają prawa, są bardzo pracowici i nie hałasują. Jedyna wada jest taka, iż nie asymilują się ze społeczeństwem. Wolą żyć z boku i załatwiać swoje sprawy między sobą. Sklepy maja otwarte praktycznie całą dobę, w których można nabyć wszystko. Alkohol w Walencji, można kupić jedynie do godziny 22 i to jest miejscowe prawo autonomii walencjańskiej, natomiast w przypadku sklepów chińskich całą dobę (oczywiście po 22 pod ladą). Oczywiście najwięcej takich sklepów jest w okolicach spotkań Botellon, z wiadomych względów. Co do mniejszości narodowych, ciekawą grupą są Rosjanie. Wieść głosi, a nawet potwierdzony fakt iż jest to miejscowa mafia (okolice Alicante, Walencji, Murcii) kontrolująca rynek narkotykowy, handlu żywym towarem oraz rynek nieruchomości. Jest to olbrzymi problem regionu, który jak do tej pory nie został przezwyciężony.
http://picasaweb.google.com/110109153723433594751/Fociakos203?authkey=Gv1sRgCMHwiaSI5bDDvwE#

23 września 2010

20-22.09

Ostatnie dni mijają pod znakiem hiszpańskiej maniany. Dzieje się bardzo niewiele, słońce rozleniwia i poza tym Hiszpanie nie dają nam za bardzo powodów do działania. Udałem się na uniwerek, gdzie chciałem złożyć papiery niezbędne do zarejestrowania. Pani z dziekanatu przekazała mi iż jestem pierwszą osobą która chce to uczynić i żebym przyszedł za tydzień. Zapytałem czy mogę chociaż zostawić dokumenty, żeby 2 razy nie chodzić, ale niestety stwierdziła że ona ma dużo dokumentów i się w tym pogubi. Dodała również że na najbliższe zajęcia można chodzić, aczkolwiek niekoniecznie. Kolega był na jednych zajęciach i trwały 5 minut. Tak naprawdę rok się rozpocznie dopiero z początkiem października. Trochę jest to irytujące, bo nie wiadomo w sumie co robić, czy czekać na każde zajęcia trwające 5 minut(odstępy 2 godzinne) czy pójść sobie do domu. Ale tutaj nikt takimi rzeczami się nie przejmuje. Nawet była sytuacja, że czekałem na listonosza, który miał mi przynieść kartę do telefonu. Miał być na 8, więc wstałem rano i czekałem na jego przyjście. Czekam godzinę, dwie i zacząłem się trochę niepokoić. Na szczęście nic się nie dzieje, listonosz przyszedł o 10:30, właściwie podjechał na skuterku. Oznajmij mi tylko iż przeprasza za spóźnienie i że ma nadzieję że nie stanowi to problemu. Na miejscu oczywiście musiałem wylegitymować się paszportem. Jeśli chodzi o same telefony to są dość drogie. Sms kosztuje 10 eurocentów, natomiast rozmowa jest liczona za minute i też jakoś kilkanaście eurocentów. Jakby dobrze przekalkulować to w przypadku smsów za roaming wychodzi niewiele drożej. Główne sieci to Orange, Movistar i Vodafone. Są również inne mniejsze, jak np. Yoigo, którego jestem posiadaczem i mniej więcej jest to polski odpowiednik Play'a. Tego dnia pisałem również test z języka hiszpańskiego przypasowujący do grupy. Poziom trudności był dość wysoki. 100 pytań + wypracowanie, 45 minut na rozwiązanie. Wyniki testu dopiero w piątek. Jeśli chodzi o sprawy uczelniane to właściwie wszystko. Dodatkowo można uczęszczać na sport, ale tak jakby nieformalnie, ponieważ jeszcze nie jesteśmy zarejestrowani. Wyposażenie mają naprawdę bardzo dobre. Jest około kilkunastu kortów tenisowych, kilka boisk piłkarskich, nie wspominając o basenie, halach, strzelnicy, lodowisku. Valencia jak i cała Hiszpania jest miejscem pro - sportowym. Dużo ludzi biega po ulicach, jeździ rowerem, pływa. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się piłka nożna, która jest zdecydowanie sportem nr 1. 30% mężczyzn gra w piłkę nożną. Wczoraj był mecz Valencia - Atletico Madryt. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi w jednym miejscu, w swojej świątyni futbolu. Ogromny rumor, hałas, poklaskiwania. Trudno mi sobie wyobrazić fiestę, gdyby wygrała Valencia, a tak mecz zakończył się wynikiem remisowym. Jeśli chodzi o ceny biletów są one dość wysokie. Rzędu 100 euro za przeciętny mecz ligowy, dochodzące do 160 euro za mecz ligi mistrzów. Oczywiście są to jedne z tańszych biletów. Może uda nam się wybrać, a raczej na pewno, na jeden z meczy Fc Valencii. Co ciekawe symbolem klubu jest nietoperz, który jest mocno zakorzeniony również w tradycji samego miasta. Jak głosi legenda, gdy Arabowie podchodzili nocą pod Walencje aby ją zdobyć, jeden z nietoperzy wpadł w bębny arabskie i wywołał mnóstwo konsternacji na tyle, aby mieszkańcy miasta się obudzili i obronili twierdzę.
Resztę dnia, jak i większość z dnia spędziliśmy na basenie. Trzeba korzystać, póki jest dobra pogoda.

20 września 2010

19.09 i nocne życie w Walecji

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem zabawy. Ogólnie Walencja to bardzo rozrywkowe miasto. Co raz słychać jakieś imprezy w domach, pokrzykiwania. Policja na większość takich rzeczy w ogóle nie reaguje. Można do woli spożywać alkohol w miejscach publicznych, byle niczego nie niszczyć bo wtedy mogą spotkać kogoś kłopoty. Dość powszechne jest organizowanie się przed imprezami, niedaleko Uniwersytetu zwane Botellonem. Zdarza się że bywa w takim miejscu nawet i ponad 5 tysięcy ludzi. Jeszcze wracając do tematu policji to właściwie zastanawiam się czym oni się zajmują. Koleżanka opowiadała że nie miała gdzie spać ponieważ niedawno przyjechała na Erasmusa, to pierwszego dnia postanowiła przespać się na plaży. Jakież było jej zdumienie kiedy z samego rana przyjechała policja na kładach. Zapytali czy coś się stało i czy wszystko w porządku. Po kilkunastu minutach przywieźli również wodę i pomogli przetransportować się do centrum. Teraz już domyślam się dlaczego to miasto jest punktem rozładunkowym narkotyków sprowadzanych z Afryki. Chociaż ostatnio udało im się złapać dilerów przemycających 2 tony kokainy. Co do samych imprezy byliśmy dość zdziwieni że wszelkie dyskoteki, kluby czy imprezy rozpoczynają się po godzinie 24. Teraz już można się domyślić dlaczego Hiszpanie wstają bardzo późno w Walencji. Tutaj życie jest przesunięte o kilka godzin. Pewnie też wiąże się to z temperaturą, która w okresie letnim jest nie do zniesienia. Aktualnie trochę się ochłodziło. W dzień jest 27 stopni, natomiast w nocy koło 20...
W ciągu dnia wybraliśmy się na wieżę katedry, z której można podziwiać widok na całą Walencję. Naliczyłem 209 stopni, dość wysokich. Następnie mieliśmy plan udać się na największe jezioro w Walencji - Albufera. Bilet był niedrogi 1.25 euro i jechaliśmy jakieś 45 minut. Zwykły bilet komunikacji miejskiej kosztuje 1.40 euro, ale kupując w zestawie jest znacznie taniej i wychodzi jakies 70 centów. Prawie jak w Warszawie. Byliśmy na tyle zmęczeni, że zasnąłem w autobusie i obudziliśmy się 25 km od Walencji. Oczywiście jezioro pozostawiliśmy jakieś 10 km za nami. Wysiedliśmy na najbliższym przystanku i udaliśmy się wzdłuż plaży do Walencji. Przeszliśmy 3 km, przebiegliśmy następne 3 km plażą, następnie zastaliśmy miasteczko i drogę do Walencji. Zaczęliśmy machać do samochodów i szósty z kolei zatrzymał się i na całe szczęście jechał do Walencji. Po drodze oczywiście minęliśmy jezioro, które okazało się niczym szczególnym(albo może mi się tak wydaje), ale interesujący był park narodowy znajdujący się wokoło. Sympatyczny kierowca zawiózł nas pod sam dom. Zmęczeni i głodni (była niedziela wszystko zamknięte) odwiedziliśmy najbliższy bar i zamówiliśmy torillę. Składała się z następujących składników : bagietka, przysmażone ziemniaki i jajecznica. Smakowała jak nigdy:). Po raz kolejny mogę powtórzyć iż podróżowanie autostopem pozostawia niezapomniane wrażenia i ludzie którzy się zatrzymują są zawsze bardzo pozytywnie nastawieni do człowieka Przynajmniej do tej pory na takich trafiłem. zdjęcia http://picasaweb.google.com/110109153723433594751/Fociakos2?authkey=Gv1sRgCNb33vT1jNqIeQ#